piątek, 26 maja 2017

Pokaż mi swoich rodziców

Nie mógł nic poradzić na to, że jego rodzice dziecinnieli. Zmniejszali się w jego oczach z każdym dniem, jeszcze rok i zamieszkają w Szuflandii.

Siedząc z nimi i ch znajomymi przy jednym stole, grzebał w talerzu, mieszając bezwiednie gruszkę z kaszą gryczaną. Niekończące się żarty okołocipkowe, okołoodbytnicze ("lupy w dupy") i przebijanie sobie piąteczek przy napomknięciu o nocnym spółkowaniu.

fot. Viktor Kolář  Rodzicom nigdy dość patrzenia na dzieci
Obraz ojca jako statecznej, zrównoważonej osoby rozbił się już w okolicach pierwszych nocnych polucji, kiedy to papa wziął go na bok i wsadził do kieszeni zamiast prezerwatyw pendrive'a z azjatyckimi pornolami. Siusiaki takie jak w innych częściach świata (Sebix jeździł po Europie na zawody zapaśnicze, to wie), ale dziewuchy piszczą inaczej, no i tempo mają zawrotne.
Pendrive zaczął krążyć po klasie, była nawet próba puszczenia filmów na szkolnej akademii, co skuteczne spacyfikował nauczyciel Wos-u znający te produkcje aż zanadto. Brat nie przyjechał na urodziny starego, wymigał się chorobą dziecka partnerki. Sebix zszedł więc, wyciągnąwszy peta z kurtki mamy, zajarać sam na dwór. Przez okno widział jak rodzice zdejmują górę i z brzuchami na wierzchu skaczą po kanapach tańcząc taniec - ocieraniec.  Wszedł na messengera, kumpel wysłał mu cycki nauczycielki, którymi się podzieliła, wierząc w dyskrecję na tinderze. Chciał wracać do siebie, ale przekimał się na swojej starej wersalce, oglądał ściany pomalowane na soczysto zielono (wcześniej były jasnoniebieskie, bo kupili tylko jeden tani pigment na 10 l farby)   i jakoś mu się tak zachciało strasznie ryczeć.

Jak matka nie radziła sobie z namiętnością ojca do jednorękich bandytów, która, nieodwzajemniona, pchnęła go do próby sprzedania ich auta w sekrecie, to przychodziła do syna i wtulała mu się w ramię.  Właściwie z rozpaczy uwieszała się na nim, a potem gładko wymuszała wspólne spędzanie czasu. Sebix proponował głównie rozrywki gastronomiczne: falafle podobno prosto z Berlina, gofry maźnięte jakimś brzoskwiniopodobnym smarem. Niewiele rozmawiali, bo przez ostatnie lata zapomnieli aktualizować informacji o sobie. Jednak okazuje się, że wsparcie przebiega jakimś innym kanałem, że "nie musimy być blisko, żeby się pocieszyć". Ojciec poszedł na terapię odwykową dopiero 3 lata później, co wpłynęło znacznie na tuszę Sebixa. Te ładniejsze koleżanki już nie rozpoznawały "tego wariata" w tej okrągłej buźce.

Jak wpadł mu do oka ocet z ogórków dodanych do zapiekanki z placu Wolności, którą pożerał wspólnie z rodzicielką, to znów się spłakał, a matka myślała, że to ze wzruszenia i chyba miała mimo wszystko rację.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Klątwa Beksińskiego

Nic takiego, świąteczna niedziela jak każda, do południa ogląda się "Pitbulla" i "Ranczo", miażdżąc głowę czekoladowemu zającowi, a wieczorem wypuszcza się na miasto, które tylko czeka, żeby pokazać swoje kły. Na ulicach pustawo, a w brzuchu wybuchy wulkanu, które świadczą o niedawno odbytej wycieczce, ale do tej biegunki myśli jeszcze wrócimy, jeszcze zdążymy się nią zmęczyć. Jeszcze poczujemy ten dojmujący brak piękna w życiu.

Wsiada do jednowagonowego tramwaju z nadzieją, że nie będzie tam pachnieć śmiercią. Wyważona mieszanka wyziębionych kamienic z antyperspirantem w kulce daje znośne poczucie identyfikacji - tak, jestem stąd. Siada za napierdolonym księgarzem, który dwadzieścia lat (nosz kurwa mać) temu sprzedawał jej tomy "Jeżycjady" Musierowicz. Trochę smutno, ale trochę bezpiecznie zarazem, to swój, niemalże współbratymiec. Kątem oka widzi jak stary oblech szarpie swoją żonę. Zanim zareaguje, bo wiadomo, że najpierw jak ten debil za dużo myśli,  uruchamia się dres wyklęty, który życzy śmierci wrogom tej jedynej RP. Krzyczy na dziada, że przy dziecku mu przeklina, a że w ogóle to jest "chuj i cwel" i "nie szanuje swojej żony". Co racja to racja, ale słuszny gniew zamienia się w chęć linczu. Znowu chce coś powiedzieć, ale gdy się odwraca, to właśnie otwierają się drzwi - na przystanku stoi chłopiec. Palcem wskazującym, co go najpierw obślinił zaprasza ją niczym zawodowy zwyrol na zewnątrz. Strach przeszedł przez plecy, doszedł do tyłka, a potem już siedział w pachwinach i ruszyć się nie pozwolił. Gdy przychodzi taka kumulacja zła z różnych stron, to tylko ściska się uda i jedzie trzy przystanki za daleko. Próbuje ratować się myślą o jakimś bezpiecznym terytorium, gdzie macki Belzebuba by jej nie tknęły.

Gównokajakarze fot. Mateusz Kamiński
I wspomina niedawno odbytą wędrówkę po kaukaskich łąkach i drogach, gdzie siedząc w marszrutce wypchanej wąsatymi kapralami w swetrach, czuła się jak z ulubionym wujaszkiem - bez lęku, pokładając się ze śmiechu na podłodze.
No to znowu jest głową tam, gdzie bakłażany jedzą z pastą orzechową i chleb wkładają każdą możliwą dziurką, Grupą docierają niemalże do miejsca, gdzie Noemu pan Bóg łódkę po potopie umieścił. Ararat przed oczami dumnie się prężył, a oni jak te świnie w zagrodzie w nieumiarkowaniu jedzenia i picia się pławili. Właściwie grzeszyli tak 10 dni całe, mimo że najwyższy klątwę zesłał na nich już dnia drugiego. Klątwa ta klątwą Beksińskiego się zwie (na część obstrukcji malarza sanockiego) i oznacza w swojej wersji ekstremalnej, niech wszyscy świeci i bogowie greccy wybaczą mi tę obelżywość, srakę niemożebną nawet po zażyciu węgla, nawet po zjedzeniu berlińskich hot-dogów. Toaleta wtedy przytułkiem się staje, a strach wywołuje nawet pieróg z ziemniakiem. Ten lęk jakoś trzeba oswoić, jak onkolog raka. I tak zamiast pieśni chwalebne tworzyć na cześć Gruzinów, co czułości im dali niczym krowa cielętom, to banda gastronomicznych knurów, a trzeba wiedzieć, że było ich czworo, tylko o kupie już w pewnym momencie rozmawiać mogła. Nawet gdy na zielonych wzgórzach, z których walecznie zbiegłby Mel Gibson w "Brave heart", w bezkresny step patrzyli, to nie o sensie czy bezformie, nie wzniosłościach, tylko właśnie o tym, czy wrzecionowaty czy bardziej mydlany kupa kształt dziś miała. Każdy inny temat byłby już zbędnym patosem. Szambo stało się ich naturalnym krajobrazem psychicznym i lingwistycznym.

Gdy fundamentem poczucia własnej wartości staje się ilość wizyt w wychodku, to znaczy, że wykształcone dzieci swoich rodziców odeszły w niepamięć, a z zadków wystaje już im ogon. Charczą, szczekają, tarzają się po podłodze. Licytacja trwa. Obstrukcyjna reakcja ciała nie powinna jednak dziwić, to naturalna ochrona przed samobójstwem. Nie ma co ukrywać, pojechali w Kaukaz, żeby umrzeć z przejedzenia i przepicia jak w "Wielkim żarciu" paść z ziemniakiem w buzi. Plan spalił na panewce, a ciało długo się jeszcze mściło za brak należnego szacunku dla wątroby i jelit. Pod koniec wyjazdu zamiast facjaty rodem z "Beverly Hills 90210" wyglądali jak najsmutniejsi onaniści z podkrążonymi oczami, bo noce wszystkie bezsenne były.

Z sentymentalnych dyrdymałów wyciąga ją kolejny kumpel antychrysta co łypie okiem na nią na skrzyżowaniu, po czym drogę zajeżdża na przejściu, bo przyjaźnić się chce, podwieźć koniecznie i rozmawiać, rozmawiać, bo przecież to nie dziwne, że nocą mężczyźni w wieku przedemerytalnym/około reprodukcyjnym zakładają z niegłupimi pannami kluby inteligencji katolickiej, żeby przy czaju jakoś dotrwać do świtu. Przecież nie powie "wypierdalaj" na pustej ulicy, tylko "bardzo proszę spierdalać", żeby elegancki dewiant w czarnym passacie nie poczuł się obrażony.

To miasto ma do ciebie pecha powie potem jej mama, zlizując resztki awokado z zębów.

wtorek, 14 marca 2017

trup w wózku

W oczach szał - w ręku wóżek.

Cała ulica - bramy, chodniki, trawniki wszędzie stoją wózki z auchan.

Zaczepiła go w końcu rano na spacerze z psem, jak dostawiał kolejny wózek.

- Dlaczego tak zaśmiecasz ulicę?

- Ja te wózki odwożę każdego wieczora.

- Ale dlaczego je tu zostawiasz?!

- Słyszysz? Nie kradnę ich!

- Stary, ale zawalasz złomem moją ulicę

- Kurwa, jak masz takie chore życie, jak ja, to szukasz ujścia, tak?

Zrozumiałe. Ktoś w wózkach, ktoś w petach, ktoś w ramionach, ktoś słuchając pablo pavo: "możesz kochać to miasto jak głupi"

**************************************************************************
Od paru miesięcy, szczególnie w środku dnia, a po obejrzeniu "Szwedzkiej teorii miłości" dopada mnie pytanie: Ile będę leżeć w mieszkaniu zanim ktoś odkryje, że jestem już trupem? 

Okazuje się, że posiadanie wiernych przyjaciół, namolnej rodziny i chłopaków/dziewczyn wcale tego czasu w oczywisty sposób nie skraca.

Jeśli powiesisz się nad ranem w pokoju, a mieszkanie zamknięte, to ile musisz nie odbierać, żeby komuś przyszło do głowy, że już raczej nigdy nie odbierzesz, a twoje zaległe płatności w czynszu przejmują rodzice/małżonkowie/podirytowane rodzeństwo? Kto zakryje lustra szmatą, żeby złe moce się nie rozpanoszyły po klatce?

Odpowiedź brzmi: tydzień.

Spoczywaj w pokoju fot. R. Czekajewski
Zatem leżę przez tydzień na betonie. Leżę, już mi wszystko jedno, czy odpisuje, czy dzwoni, czy kocha, czy przeleje na konto pod koniec miesiąca. Pod oknem jakaś młoda parka całuje się w obecności kolegi skrzydłowego, zawsze obecnego. Potem chłopak odtrąca dziewczynę i straszy, że wszystko powie jej matce. Potem znów się rzucają na siebie. Już nie robi to na mnie wrażenia. Leżę i tyle. Pies by mnie wywąchał, ale tuż przed upadkiem z parapetu wywiozłam go do ojca. Mama wie, że pojawię się w sobotę na późnej kolacji, nie musi mnie ścigać.Sąsiad też nie puka, bo się mnie wstydzi po ostatniej pijackiej drace, a sąsiadka przypomni sobie o mnie, jak będzie chciała się zwierzyć. Skarpety w buraczki już prześmierdły. Oddech kaprawy. Dzwoni telefon na resztkach baterii. Dzwoni praca, praca jest bardzo zdenerwowana, ponieważ nie lubi, gdy nie ma mnie, a nie ma już trzeci dzień, a rzeczy się toczą, się dzieją, listy przychodzą. drugi albo trzeci dzień. W końcu ktoś się dobija, bo nie oddałam namiotu, a on jedzie nad morze z nową dziewczyną. Otwiera drzwi, no widzi ciało. Myśli, że żartuje sobie przednio, choć nigdy przecież żartując, nie byłam taka zielona. Przecież jak mnie połaskocze, to wstanę, przecież wszyscy w końcu pękają. Leżę dalej. Zastygła, zimna. No, dociera do niego, że to już koniec. Najpierw chce mu się krzyczeć, ale idzie do kuchni i jak ten zwyrol siedzi przy mnie/moim ciele i pije kawę. Przy naszym ostatnim spotkaniu prosiłam, żeby zawsze znajdował czas dla siebie.