Będzie bite


Stało się. Przyszła kryska na Matyska. Po herbacie. Kobyłka u płotu. Co się czarować - miele jęzorem nad głową obłąkany z autobusu. Łypię okiem na młodych. Idę do pracy, a tu rano prospektem całe tabuny młodzieży: w słuchawkach, czasem pryszczatej, czasem wyfiokowanej tak jakby ta gawiedź szła na meeting do korpo a nie na pogawędkę o redoxach na chemii. Co się czarować - pożądam ich. Nie erotycznie nie, tak raczej jak parobków, ale ucieczka w Gombro też sprawy nie dookreśla. Myślałam, że sama wciąż młoda jestem i z młodymi mogę piątki zbijać pod spożywczym, a tu się okazuje, że nawet pod śmietnikiem kręcą nosem na tą za-młodością-pogoń. I jak w robocie warsztaty prowadzę, to nikt już na "ty" mi mówić nie chce, tylko tą "panią" uparcie we mnie cisną jak starym kaloszem. I wiem, że śmieszna sama się staje, gdy lecę do lustra, żeby zobaczyć, czy wyglądam już jak nauczycielka biologii. Ale nie jest mi do śmiechu, gdy w małym kiblowym zwierciadełku zauważam czarny pojedynczy włos na brodzie jak u jakiegoś bazyliszka. Przemycam z księgowości małe nożyczki, żeby ten włos ciachnąć, żeby mojej młodości już tak szpadlem nie dobijał. Gdy obcinam jednego wnet pojawia się drugi i trzeci - jeszcze cienki, ale rokujący. Zaczynam się rozglądać po biurze w poszukiwaniu oznak starzenia się na twarzach moich kolegów i koleżanek. Jakiegoś przebarwienia, pękniętego naczynka, kłaka wystającego z nosa, suchych dłoni. Ale zaraz, suchym to można być akurat w każdym wieku. Czemu więc nie chcą ze mną rozmawiać, czemu już nie jestem równa? Czemu umknął mi ten moment, że zaczęłam pachnieć garsonką, a nie snikersami. Smagam się więc tym flagrum (ostatnio zainteresowałam się jak złość okazywali Rzymianie), gdzie zamiast haczyków na końcu bicza są białe młodzieńcze zęby.



Na skrzyżowaniu czeka ze mną na zielone chłopak z podstawówki; kojarzyłam, że zadawał się z jakimiś ciężkimi młotami, którzy zostali młotami-zbójami. Dziś ten chłopak ma żonę, z paczką zalando pod pachą drapał się po nodze, ale widziałam, że to już nie chłystek. Przypakował delikatnie, na tyle ile mu czasu wystarczyło na powtórki w piwnicznej siłowni. Skóra mu zgrubiała. Młodzieńczy blask zgubił albo zamienił na średniostarczy swąd. Zatem śmierdzę podobnie?

I w końcu trafia się okazja - mogę hurtowo poocierać się o młodzież, nie będąc posądzaną o zberezeństwo. Słucham, wywąchuje, szczerzę kły, na "dzień dobry" zamiast "cześć" jak mówią starzy, którzy nie mogą się pogodzić, że "dzień dobry, pani" przyszło tak prędko, odpowiadam: "Dzień dobry, Natalia". Przynajmniej się nie podlizuję, to przecież wzbudza podejrzliwość. Trzymam fason, ale założyłam skórzaną kurtkę, żeby na wszelki wypadek ten zew wolności podkreślić. 

Patrzę, jak się ruszają - z nieśmiałością czy jak pantery gotowe na łowy. No i słucham, jak się uczą do matury, jak rozmawiają o podrywach na messengerze, o ciuchach i nadziejach, jak logicznie tłumaczą sobie świat, no i generalnie znudziło mi się po 10 minutach. Zdania wypowiadane w tonacji syntezatora IWONA uśpiły mnie, choć miałam za ciasne spodnie i sprzątałam śmieci. Zaczęłam się za kurzem, który unosi się pod światło, rozglądać; za metalowymi nakrętkami, coby zrobić chłopakowi biżuterię na miarę nowoczesnego industrial designu.  Zamiast do tej młodzieńczej energii przyssać się na dobre, to rozmawiam ze starym dziadem o tym, czy woli sam śrubki przykręcać, czy jednak potrzebuje jakiś pomagierów. Czy lepiej się spieszyć, czy jednak myśleć powoli na pohybel raptusom.  I poczułam dopiero jakieś uwspólnienie.  I teraz jest pokusa myśleć, że pogodzenie się ze sobą zaowocowałoby akceptacją swojego wieku, rówieśników, zadań "społecznie" przyporządkowanych temu okresowy życia. A guzik, a gówno i zjedz je równo. LICZY SIĘ TYLKO STAROŚĆ. Starość, która pozwala wchodzić po schodach, jeździć autem i rozumieć program telewizyjny o operacjach plastycznych i ten o fizyce kwantowej. Starość 65-latków jest najseksowniejsza w swojej pewności siebie i takim spokoju bez konieczności przekazywania płynów ustrojowych. Moi rodzice wydają mi się teraz najatrakcyjniejsi umysłowo, może dlatego, że wreszcie ja wydaje im się najsensowniejsza ze wszystkich moich wydań na przestrzeni lat. I to przynosi ulgę. Z matką omawiasz problemy zdrowotne, z ojcem idziesz na rybę i wreszcie nie czujesz takiej intelektualnej czy tam emocjonalnej przepaści między Wami, mimo że wciąż dobrze nie rozumiesz ich wyborów. Nie pojmujesz, dlaczego tak funkcjonują wbrew sobie, czemu tak się pławią w poczuciu krzywdy, nawet już nie przyjmując przeprosin. Rozumiesz za to ich smutek, rozgoryczenie i to nie daje ci spokoju nocą, bo być może to zapowiedź twojej nie najweselszej starości. Coś się jednak zmieniło. Dziś nie każesz ich za to, że nie uczynili swojego życia najlepszym (w wydaniu buddyjskim czy neoliberalnym - kasa, brak poczucia winy, czas na relaks) z możliwych, że dajesz im i poniekąd sobie prawo do bycia nieszczęśliwymi. Przynajmniej od czasu do czasu.