Idź poboczem

To nie było takie niedorzeczne, jak mogło się wydawać.

Mikołaj siedział na balkonie na małym krzesełku wędkarskim, popijając czerwoną herbatę na przemian z zieloną. Był grubawy i robił wszystko, żeby zabić wiążące się z tym wyrzuty sumienia. Za dnia więc jadł, pożerał wielkie ilości pieczonego mięsa i przynajmniej dwa batony chałwy w polewie czekoladowej, by w okolicach zmierzchu zaparzać sobie napary wstrzymujące apetyt. Mama zawsze mu powtarzała, że jest przegrany już na starcie, że mała stabilizacja to wszystko, o czym może i powienien marzyć. Nigdy więc nie śmiał przekroczyć tak wcześnie nakreślonych przez rodzicielkę symbolicznych granic własnego statusu społecznego. Każdy jednak pragnie czegoś, co przekracza miarę jego możliwości - Mikołaj też miał szansę zdobyć miano człowieka transgresyjnego, choć ni chuja wiedział, co to oznacza.

Siedział i patrzył. Widok z dziewiątego piętra robił na nim wrażenie pomimo dwunastu już lat, jak przeprowadził się na osiedle małych bloczków zamieszkanych głównie przez starych kolejarzy.

Z balkonu wyraźnie było widać cmentarz żydowski, kopułę kościoła katolickiego, gdzie był chrzczony, supermarket budowlany, komin elektrociepłowni, stadion drużyny, która została zdegradowana do czwartej ligi, najzieleńszy park w mieście oraz wielkiego szkieletora, marzenie miejskich architektów, które padło na etapie budowy po postawieniu fundamentów.

No ale patrzył i zobaczył światła, niby nic, oświetlone centrum handlowe, ale dziś świeciło bardziej, migotało jakby chciało wysłać specjalny komunikat. Mikołaj przyjrzał się tym migoczącym lampkom, pulsowały mu w oczach, otworzył szeroko źrenice, który wypełnił jasnożółte gwiazdki.

Andrzej a właściwie Piotr na tropie
Obudził się wcześnie, w okolicach 5 nad ranem. Zasnął w kurtce i z kubkiem w ręku na tym małym zydelku. Prócz chłodu obudził go także głód.. Pojawiło się wielkie pragnienie solonych orzechów nerkowca. Do całodobowego tesco było niecałe 20 minut piechotą. Ranek tak świeży, warto się więc przejść dla samego spaceru - pomyślał prostolinijnie Mikołaj. W windzie spotkał kobietę z dwoma chartami. Stanęła nienaturalnie blisko, właściwie ocierała się piersiami o jego kurtkę. Musiał uciekać,  niedość, że napierała go coraz mocniej, to jeszcze jej charty kopulowały mu nogę. Do parteru pozostało wciąż sześć pięter. Wcisnął przycisk numer dwa, zupełnie absurdalnie, bo na dwójce wszyscy ostatnio zmarli. Zanim otworzył drzwi inwazyjna kobieta szepnęła mu do ucha, wkładając mu prawie weń język: "światło odbite - już odkryte"? Mikołaj spojrzał na nią porozumiewawczo, mrugając oczami. Właściwie przeczuwał, że w końcu ktoś się do niego zgłosi. Nocne znaki przecież były oczywiste, trzeba było tylko czekać na znak.

Pojawił się dość szybko. Mężczyzna o wyglądzie smolarza zatrzymał go przy przystanku tramwajowym. Najpierw skarcił, że tak wolno idzie,  potem wziął na bok, na trawę i znów szepnął do ucha: "To co, jutro to opierdolimy?" Mikołaj podrapał się w głowę, tego nie przewidział. Cokolwiek nie stało się do tej pory, nadchodziło wraz z ciemnymi chmurami zbierającymi się nad ranem. Przełknął ślinę. Mężczyzna o roboczym imieniu Alfred pokazał mu znamię, które ma od urodzenia na łydce. Przypominało rozlaną kupę. Coś zupełnie niedookreślonego. Jednak już po chwili brązowa plazma utworzyła dość konkretny kształt - Francji. Wprawdzie południowa linia brzegowa nie uwzględniała Lazurowego Wybrzeża, a od wschodu wyglądało na to, że graniczy z Rosją, ale wszystko składało się w całość. Trzeba było porzucić myśl o orzeszkach i ruszać w stronę kraju Houellebecque'a (Mikołaj go nie znosił, ponieważ jego była dziewczyna po przeczytaniu "Cząstek elementarnych" postanowiła się rozstać, zabierając ze sobą ich wspólnego boksera i kino domowe, więc naprawdę kij mu w oko).

Podciągnął spodnie trochę wyżej niż zwykle, z tych paranoicznych emocji wyszedł mu brzuch na wierzch, na co zwrócił mu uprzejmie uwagę Alfred. Wrócił do domu z zamiarem spakowania się. Nie wiedział wprawdzie dokąd jedzie i ile ma trwać podróż, ale otworzył szafkę z równo poskładaną bielizną w nadziei na odnalezienie idealnych podróżnych gaci. Przeglądał je skrupulatnie, ale wszystkie miały poluźnioną gumkę, ale przetarcia w kroku. W tym czasie zapomniał po co miał gdziekolwiek jechać. Spojrzał kątem oka znowu na galerię handlową, która teraz była ledwo widoczna za drzewami. Zadzwonił dzwonek do drzwi, to znów Świadkowie Jehowy chcieli go zbawić. Ostatnio skłamał im, że nie wierzy w boga, tylko w pępek, szczególnie taki owłosiony, co poskutkowało tym, że trzy dni później znalazł w skrzynce ręczie napisane zaproszenie na kurs angielskiego i spotkanie modlitewne. Nie otworzył im. Skulił się pod drzwiami i zaczął płakać z bezradności. Zalany łzami znów zasnął, by obudzić się nocą zmarznięty i wciąż niepocieszony.