Tym razem walczymy o słuszną sprawę

Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdzie warto bywać, błyszczeć, walczyć o pozycję, nawet jeśli tylko w swojej głowie. Snobowanie na nie-pojawianie się nigdzie też stanowi rozwiązanie tej zagadki. Nigdzie nie wychodzisz, karmisz się kaszą i sushi w domowym zaciszu. Gdy już gdzieś cię zauważą, to z radością wpadasz w ramiona etatowych pijaków, którzy tak za tobą tęsknili, że w sumie zabrakło im czasu, żeby sprawdzić, jak masz na imię. W tym morzu niepewnych decyzji dopłyniesz w końcu do portu, gdzie wiszą tysiące transparentów zawierających jedynie słuszną prawdę: " Nic bardziej niebezpiecznego od domów kultury". Sztuka krąży między butelkami piwa, a nie pomiędzy wąsaczami z dwoma wierszami na koncie. Trzeba trzymać się od nich z daleka, bowiem w tej jaskini odszczepieńców czai się coś na kształt zła wciśniętego w przyciasny golf - wystarczy, ze puści nitka i bum.

Najlepiej bywać na dworcu
Do rzeczy:

Idziesz ulicą z dziewczyną, która właśnie opuszcza kraj tych pagórków leśnych. Ma plany, choć dużo mniejsze nadzieje na ich realizację. Jednak mroźny grudniowy wieczór ma w sobie na tyle, przepraszam, magii, że spełnienie marzeń staje się oczywistością. Przez szklaną wystawę widzimy, że jakieś podstarzałe towarzystwo z kieliszkami wina w ręku kręci się wokół czarno-białych portretów. Wernisaż - czytaj darmowy alkohol, to sprawa najwyższej wagi. Wchodzimy. Na ścianach zeszło- tegoroczna relacja z Kijowa. Euromajdan wydrukowany na poliestrowej tkaninie powlekanej PCV. Dosłownie kilka zdjęć wartych komentarza. Decyzja o wyborze czarno-białej kliszy i nałożeniu zmiękczającego filtru zabiła całą wystawę. Romantyczny szajs.  Ale nie czas na recenzję. Czas wychodzić. Kierujemy się do wyjścia. Zaczepia nas człowiek o twarzy Dolpha Lundgrena i Krzysztofa Kononowicza. Nazwijmy go zatem Lunko. Pomieszanie żądzy mordu z marzeniami o domku na wsi. Patrzy głęboko w oczy, i wskazując na zdjęcia, wykrzykuje:

- Czy ty, wiesz, co to znaczy? Nic nie wiesz, nic! Wojna trwa. Tu potrzeba karabinu, karabinu! Ja mam w dupie tę wystawę. To jakieś gówno. Trzeba walczyć! Karabin!!!

Lunko jest w swoim żywiole. Twarz mu chodzi jak ruchome schody. Robi tiki, jakby brał psychotropy, ale to wątek poboczny. W sumie rozumiemy postawę Lunki, nikt przecież nie lubi być traktowany protekcjonalnie. Niestety empatia przegrywa ze zwyczajnym strachem przed jego szaleńczym physis.

Do dyskusji włącza się miła pani, która przez ostatnie 10 minut prowadziła z nim dydaktyczną rozmowę, przekonując do idei dobra i wzajemnego zrozumienia:

- No ja właśnie mówię panu, że tylko dobrocią. dobrocią to wszystko.

Dobra. Zmywamy się stad. Wtem Lunko - hyc!- zamyka nam drzwi przed nosem. Pyta o imiona. Upewnia się, czy zrozumiałyśmy. Zachowujemy zimną krew, choć już w tym momencie powinna nam stróżka moczu spływać po łydkach. Do Lunki podchodzi tak piękna dziewczyna, że wszystko wokół nabiera jakiegoś blasku. Całuje do w czoło, a z twarzy Lunki znika cała agresja. Lunka jawi nam się oto jako dobrze wychowany pinczerek. Wykorzystując ten moment psiej transformacji, bierzemy nogi za pas.

Cisza. Znów spacerujemy.

@@Dziewczyna: Wiesz, moją babcię zabili banderowcy tacy jak on. Gdybym miała skłonności samobójcze chętnie bym mu się z tego zwierzyła.

@ A jeśli to był tylko bojownik w słusznej sprawie?

@@ To przegrał.