Wyłącznik, opuszczasz tarczę i pompa!

Nie ujmując nic poecie, trzeba jednak przyznać, że poeta to istnienie skretyniałe. Nie każdy jeden, ale ten jeden właśnie, który stanął na drodze.

Niby nic. Godzina popołudniowa. Skrzyżowanie magiczne, gdzie koparki całują się z walcami, co bardziej śmiałe maszynerie idą na całość. Anka stoi na światłach i gapi się na robotników. A właściwie na masę krasnoludków naradzających się w świeżo wykopanym dole. Kingsajz dla każdego! - wypluła z siebie demokratycznie. Robotnicy zapalili triumfalnie pety.

Wtedy podchodzi on - z wyglądu pedofil, po zapachu - sprzedawca bielizny, po rozmowie - bibliotekarz. Zagaduje. Czaruje.

Poruszona tym, że wciąż wygląda tak młodo (może to przez te zarośnięte brwi?), kontynuowała nudną rozmowę. Mimo to wymienili kilka niegłupich uwag o książkach, gatunkach sera i okresowych badaniach krwi. Czyli small talk, który w normalnych warunkach prowadzi do łóżka, ale w tych raczej tylko do autobusu.
Bibliotekarz/sprzedawca zaproponował, że odprowadzi ją do domu. Instynkt samozachowawczy nie spał. Anka, mimo całego niedowartościowania, to jednak zdawała sobie sprawę, że przeczytanie "Hańby" Coetzeego nie czyni jeszcze nikogo dobrym człowiekiem, a jedzenie po godzinach sera bleu tym bardziej. Grzecznie odmówiła, wykręcając się wizytą u ginekologa, przez nieświadomie pewnie zamanifestowała niby-aktywność swoich narządów. Walka ostatniej szansy -  już na pożegnanie oznajmia jej, że pisze.

Brygada Szlifierza Karhana, fot. Maciej Błonski
- Co pisze? - zapytała obcesowo

- Wiersze i do szuflady.

- No i?

- Napisałby też coś dla ciebie.

- Nie, dzięki, muszę coś zjeść.

- Nawet lepiej; i tak mi się nie podobasz. 


Akurat przyjechał autobus, więc Anka nie musiała się mu się tłumaczyć już z niczego.
Następnie faktycznie coś zjadła, a potem poszła do teatru, gdzie na foyer czekał jej poeta/sprzedawca/bibliotekarz. Zagadywał do jakiejś laski. Ance zrobiło się dziwnie obrzydliwie.

Na szczęście po spektaklu poczuła lekkość kosmonauty.