Nieustanna kruchość słoików

Bycie gdzie indziej jako esencja bycia w ogóle jest ideą tak przegraną, tak obsraną, że gdyby nie fakt, że na pastwisku zarażonych jest już tyle owiec, to poszłabym do najbliższego rzeźnika po flaki.
Zatem trzeba być ciągle w trasie, nieustannie wypełniać sobie wolne przestrzenie oleista mazią roboty. Sytuacja jest doprowadzona do takiego absurdu, że nawet popołudnie na imieninach u dobrotliwego wujaszka kończy poczuciem winy, że w tym samym czasie nie pobiło się rekordu skoku w dal albo nie napisało się przełomowej dla historii dziejów dziejów pozycji.
Ile w tym roku zdążę przeczytać książek, a jednocześnie być tam, gdzie być się powinno, a muszę jeszcze przecież zjeść gdzieś te kurki i mirunę. Na sucho uchodzi tylko sikanie, bo przynosi tymczasową ulgę w zmaganiach.

A tak, zamiast włóczyć się bez celu, trzeba usiąść w kuchni z herbatą i bezrefleksyjnie spojrzeć w okno. Potem możesz się napić kolejnej herbaty, albo otworzyć już piwo i zapomnieć o braniu antybiotyków. Jeżeli za oknem dużo się dzieje, to nawet dwudaniowy obiad wejdzie niepostrzeżenie w struktury jelitowe wejdzie, a beknięcie gładko skomponuje się z hałasem ulicy.
Chłopcy mogliby całować się częściej
I tak po prostu można trwać, nie płodząc komentarzy spraw, które właściwie przechodzą niezauważone. Marzysz, żeby ktoś cię odwiedził niezapowiedziany z paczką fajek albo bez. Nic z tego. Domofonem już tylko dzwoni najebany ostrzyciel noży, ale znów kaszana, chleb od dawna kupujesz krojony. Nie pozostaje ci nic innego jak tylko poustawiać po domu jakieś kubki, widelce i brudne talerze, jakby właśnie skończyło się wielkie świętowanie. Tylko że zlew pusty.

Za ścianą pruje się sąsiadka na swojego nastoletniego syna, że po polucjach nie wrzucił prześcieradła do prania. Skąd u niej taki brak delikatności. Przez mur czuję jego wstyd, aż mi płoną policzki. Kobieto, daj już nam spokój. Przypomnij sobie, jak ty boleśnie pokwitałaś w wiejskiej chałupie - 2 km od chemicznego. Wycisza się, a w dźwiękach dominują odgłosy klawiatury.

Kiedy już w sercu cię ściska, a w żołądku kwasy tworzą ornamenty na miarę Baśni z tysiąca i jednej nocy, to zaczynasz tworzyć osiedlowe haiku:

Kruszy się gotowość 
do zmian
w kaloszach mokro
jak w kałuży

Nie przepraszaj jednak czytelników, przecież ostatecznie mogą zaczytać to czymś jeszcze gorszym.