życzliwość



Wraz z opadami śniegu, oszronionymi gałęziami, dziećmi w przyciasnych kombinezonkach na sankach, pijanymi kobietami w windzie pojawiły się liczne, zupełnie ze sobą nie powiązane przypadki męskiego smutku. W sumie nigdy nie interesowały mnie męskie depresje i melancholie per se. Po prostu chorował mój chłopak, bóle trawiły mojego ojca, kolegę, woźnego, Maćka Stuhra czy Christiana Slatera. Żadnych uogólnień.Jednak jakaś dziwna siła, którą można porównać do siły karzącej mimo wszystko darzyć księcia Harry’ego sympatią, zwiodła mnie na manowce klasyfikacji.
W takim razie o coś chodzi, ale strach jest mówić o co. Kilka więc przykładów na widelec trzeba nakłuć.

Jadę z nim toyotą yaris, w końcu jest moim instruktorem jazdy. Milczy przez godzinę, przy okazji skręcania w lewo na rondzie, wygłasza osobliwą tezę:
- Dziwne te dziewczyny dzisiaj. Wiesz, zaprzyjaźniłem się z chłopakiem, którego uczę. Dzwonię do niego, a on mnie rozłącza, a potem piszę, że jest z Klaudią. To co, odpisać nie może. Chore to, naprawdę chore.
Zamiast się zamknąć, bo przecież trzeba pilnować drogi, kierunkowskaz włączać, to siejesz ziarno niepokoju pytaniem głupim i prostackim:

- A ona nie jest czasem o ciebie zazdrosna?

I już widzę, że to ziarno podatny grunt znalazło i już w jego umyśle wszystko jasne się staje. A ja biczuje się w myślach jakbym namawiała do antysemityzmu. To jednak nie koniec:

- Też miałem dziewczynę. Cztery lata z nią byłem i żałuję, że nie rzuciłem jej, gdy mi mówiła mama. Wiesz, ja nie jestem mamisynkiem, ale zupę u mamy lubię zjeść. Harowałem jak wół, ona cały dzień w domu, a jak po pracy styrany przychodziłem, to ziemniaki kazała mi obierać, laptopa nagle zamykając. Jestem detektywem. Dobrym detektywem. To się sprawdziło. Nakryłem ich w łóżku.

Wiedząc, żeby nie mówić nic, patrzę na niego, on na mnie. Cisza. Trafiony.

Spotykam się z Kolą, daje mi maślane czekoladki, ćwiczymy rozumienie ze słuchu. Pomiędzy jednym a drugim słuchaniem mówi, że jego rodzice się rozwodzą. Cichnie. Patrzymy na siebie długo. Cisza nie ustaje. Trafiony. Taką ciszą przeżarte przygnębienie.  

Lucien Freud, Eli and David
I czasem tak patrzę w oczy Kereta i widzę tak głębokie rozżalenie, że się sprawy nie ułożył przed laty tak jak powinny. Po co wracał, mógł zostać na swojej ziemi obiecanej i do dziś zajadać się frankfurterkami. Przez cały czas milczy, tylko jak się upija, to wrzeszczy tak głośno, że przez ciało dźwięki utrapienia przechodzą. Z trzewi demony wychodzą. Upada i łka, że życie jest gdzie indziej może. Trafiony.

Lubię ich z tym smutkiem bardziej, ale wolałabym ich lubić mniej.

Do śpiewania w czasie czekania na tramwaj, autobus lub pks:

Hej stary woźnico, hej srebrzysty,
Gotuj psy na mróz siarczysty
W drogę ruszam już nad ranem
Poprzez pola
Pszenic łanem
Gdy nie wrócę
Nie łkaj za mną
Wrócę autem a nie wanną