kiedy strona staje się końcem i co z tego wynika

Kiedy w życiu nie dzieje się nic. Zaczynasz żałować, że wreszcie dzieje się coś. Coś uwiera i udziwnia.

Miły wieczór. Zakładanie wykładziny u rodziców Blake'a, wiśniowa fortuna spijana razem z Kate w miejscu, które nazywa się tak, jak jeden z moich ulubionych filmów. Och, przyjemne życie. Do dolve vita brakuje tylko jakiejś fontanny. Jak wracałam, zahaczyłam jeszcze nocą o piekarnię. Z bułkami pod pachą jak ta sasanka podskakując, zmierzałam w stronę West Side. Winda, czwarte piętro. Ciemności. Coś się rusza na końcu korytarza. Zapalam światło. Pod drzwiami leży sąsiadka. Pijana. Naga. Ze złamaną nogą. Wciągam jej majtki na pupę, Wszelkie próby pomocy kończą się jej westchnieniami: to moja wina, to jego wina. Zapraszam ją do siebie. Odmawia. Każe mi iść do domu. Idę. Po czym wracam i coś mówię. Nie słucha i wyzywa mnie od pind. Okej. Jak coś to jestem. Wracam do mieszkania. Zaczyna walić do drzwi, szarpie za klamkę. Próbuje zachować spokój, grając w literaki. Dzwonię do Blake'a, wracaj, bo tu draka jest. Nim wróci, mam zadzwonić po policję. Ze strachu przed gniewem jej chłopaka nie dzwonię. Blake przychodzi, widzi chrapiąca sąsiadkę i dzwoni na komendę. Czatuje przy drzwiach na przyjście panów w mundurach. Oko w judaszu. Policja przyszła cicho, pogotowie jeszcze ciszej. Poszliśmy spać. Rankiem do mieszkania wchodzi jej przyjaciółka z plackami. Sprawa zamknięta. Teraz czasami widujemy się na schodach i to ja pierwsza mówię: dzień dobry. A na moim bloku jest napisane: south side.

Długo oczekiwana premiera, a tu bóg wylatuje przez okno i nie szarpie mnie tak za serce, jak miało i chciało.   Gdyby ryby głos miały, to by koty nie drapały.

Czasami wszystko się składa w całość, choć nikogo o magię nie posądzamy. Przygotowuję się do obrony. Kluczowym pojęciem staje się communitas, czyli w skrócie "tu i teraz jesteśmy jednością". Takich chwil się poszukuje, dla takich chwil z wielu rzeczy się rezygnuje. Wczoraj oglądaliśmy dokument o mormońskim modelu poligamii. Jedna rodzina, a setka dzieci. Najpierw być może pojawia się kulturowy szok, ale tuż za nim myśl, że może monogamia też jest pewną utopią, w którą wierzymy, choć wokół tyle przykładów że to wszystko niekiedy o kant dupy. A gdyby tak żyć z 40 braćmi i 20 siostrami i pożegnać razem z nimi lato?

Co teraz z nami będzie?


Ale najpierw musi przyjść babie lato, pajęczyna obłapie twarze i dopiero potem szaliki, czapki, jesionki.