Jedyne, czego powinniśmy się obawiać, to sanki

Bez wątpienia leniwość tego weekendu wpłynie na leniwość kolejnych dni. Branie się do pracy jest wyświechtanym sloganem, który powiewa od lat w nad głowami kasjerek w społem. Nic z tego nie wynika.

Siedzę gdzieś w fabryce za biurkiem, nade mną klimatyzator, pode mną panele. Przez wielkie okno obserwuje innych: w słuchawkach, drukujących kolejne raporty sprzedaży, znudzonych na krzesłach obrotowych, palących poranne papierosy. Wszystkie z filtrem. Dookoła biura, hurtownie, drukarnie, żwir. Unosi się zapach tynku, wszystko w budowie, w remoncie, w toku. Raj dla początkujących przedsiębiorców.

Dzwonie do Belgi, ktoś po drugiej stronie nie rozumie mojego flamandzkiego. Może dlatego, że mówię po francusku. Zmieniamy język. Teraz ja nie rozumiem jej angielskiego. Nie szkodzi, ubijamy interes w międzynarodowym języku miłości do pieniądza.

Małe ciężarówki przemierzają Europę, aby dowieźć ludziom szczęście; niezależnie od tego, czy ma formę płyt wiórowych czy skrzynek pełnych śrubek.

Na West Side nieustanna próba obejrzenia Blade Runnera.

Pierwszy raz biegłam z Icem. Ice ma aplikację w komórce, dzięki której jogging staje się przyjemnością równą jedzeniu żelek na trawie. Grubi ludzie muszą walczyć przez całe życie, żeby te żelki zamieniały się w czystą energię. Ice ma kosmiczne buty. Niebieska podeszwa odwraca uwagę od zmęczonej twarzy.

Zapomniałam o swoich pełnych magazynach aforyzmów. Czas przewietrzyć hangary:










Naprawdę, szanuj życie, chwila i cię nie ma.