Pies Huckleberry

Noc idzie, bóle nadchodzą - woła znachorka. Na szczytach panuje taka przejmująca cisza, słychać tylko pojękiwania i kolędy śpiewane gdzieś w oddali. Nie ma nic metafizycznego w bólu, ani cierpieniu, jak ktoś sądzi inaczej, to naprawdę kij mu w oko i wosk do uszu.

Obudziłam się rano przekonana, że nie wyślę wniosku o stypendium w państwie Gulaszu. Kate przewlekła mnie po podłodze, powtarzając: Jak to nie złożysz? Jak to nie...? Wstałam, otrzepałam się. Napisałam w życiorysie o fascynacji psem Huckleberrym, którego pomyliłam z czternastoletnim włóczęgą z powieści Marka Twaina.
Blake, tłumacząc to dzieło na angielski, był przekonany, że to popis mojej absurdalnej logiki i wziął to na barki licentia poetica. Następnym razem wtrącaj się w moje pisma urzędowe, bardzo cię proszę.

Przyznam się do czegoś. Nudzą mnie już klienci, którzy stawiają mi wódkę w nadziei, że coś do nich powiem. Jak bowiem im przekazać, że nie mam nic do powiedzenia? Zagryzę wargi, puszczę oko, okażę pretensjonalne znudzenie pracą i widzę przed sobą cztery niewypite orzechówki, paczkę papierosów, puszkę orzeszków. Sprzedała się za opakowanie felixów -  jutrzejszy nagłówek w Super Expressie, a tam moja odrąbana od ciała głowa z czarną taśmą na oczach. Gazetę pojutrze przeczyta Tadeusz Różewicz, zainspirowany zacznie pisać wiersz, ale szybko się rozmyśli, bo usłyszy w radiu o ciekawszym przypadku niewidomego złodzieja.

Narzekałam Johnowi na moje problemy finansowe, potem John zaczął narzekać na swoje. Uzgodniliśmy, że nie będziemy pracować w call - center - nie lubimy się narzucać.