jesteśmy bardzo szczęśliwi, Romanie

Wiadomości o mojej śmierci były mocno przesadzone. To nie trumnę zbijałam nocami z desek przywiezionych nad ranem starą ciężarówką, tylko półki.
Półki, na których prócz jakiś książek wystawię swoje życiowe trofea, nie będzie ich wiele, dlatego tym bardziej będą odznaczać się na tle.

Kate ostatnio znalazła mój srebrny medal z Mistrzostw Świata w łapki. Dlaczego mój refleks zasłużył tylko na wicemistrzostwo, ktoś zapyta. Pokonała mnie wyjątkowo brzydka kobieta. Była brzydka w swoim obyciu, bałam się jej spojrzeć w oczy, a to już prosta droga do sromotnej klęski.  Wygrałam wtedy butelkę wiśniówki, którą oddałam ubogim po wypiciu całości.

Byłam wczoraj z Blakiem na nowym dziele Romana. Przerażająca story o mieszczaństwie, które "wie wszystko o cierpieniu w Afryce" i które jest najbardziej autentyczne, gdy jest podłe i rzyga na albumy ze sztuką współczesną. Blake był nieusatysfakcjonowany, liczył na kino psychologiczne.
Może być też tak, że dla Blake'a mieszczańskie życie nie jest problemem. Co nieuchronnie prowadzi do tragedii. Moją duszą bowiem zawładnie kiedyś okrutnie dziki anarchista z przedmieść Edynburga i na rok wyjedziemy do Tajlandii pisać książkę o tamtejszej seksturystyce; Blake zaś w rozpaczy  pogrąży się w Diablo i zapomni nakarmić nasze dzieci. Na szczęście zaopiekuje się nimi ulica. Gdy wrócę z workiem pieniędzy na plecach mój życiowy partner w wymiętych bawełnianych spodniach będzie spał smacznie po 15- godzinnej sesji przed komputerem. Nie będzie nigdzie butelek po alkoholu, o nie. Wszędzie tylko popielniczki. Powitają mnie wyrośnięte dzieci, którym w ramach likwidacji niedowagi będę robiła naleśniki i kotlety na smalcu aż do uzyskania pełnoletności.
Trudno mi powiedzieć, czy ktoś będzie miał żal do kogokolwiek.