Jack Nicholson odbiera Order Uśmiechu

Sprzątanie po imprezie ma coś z zabawy w poszukiwaczy skarbów. Zawsze w ręce wpadnie rzecz o nieprawdopodobnej wręcz wartości rynkowej: dwa opakowania twixa, ukraińska wódka, czarna bluza męska dla chuderlawego osobnika, faszerowane jajka - sztuk siedem, papieros przypominający jointa, obrazek z Matką Boska, brudne talerze i wiele innych artefaktów, które jakby wystawić na aukcji osiągnęłyby zawrotną kwotę, ale wcześniej z pewnością wyrzuciłaby je do śmieci sprzątaczka. Nie, nikt się nie dorobi na ludzkim roztargnieniu.

Nigdy wcześniej nie czułam się tak u siebie jak w mieszkaniu Blake'a, który wspaniałomyślnie udostępnił swoją domową przestrzeń dla Kate, Leny, Wawrzyńca, April, Spencera. Asioka, Lily, Lebowskiego, Alice, Maleny i ich ludzi. Dla tych, co pukali do drzwi wielu, ale nikt w takiej ilości przyjąć ich nie chciał.

Okazało się rychło, że ludzie są znudzeni swoim gatunkiem i całą uwagę skierowali na psa. Sympatycznego owczarka - manipulanta, który potajemnie wyjadał chipsy z miski, ale nie obśliniał się, co było niewątpliwą zaletą i wpłynęło na jego oszałamiająca karierę. O północy wyszliśmy na balkon obejrzeć fajerwerki wystrzelone z pobliskiego centrum handlowego. Światełka, życzenia, chwilowa euforia. Robiliśmy z Blakiem dużo zdjęć -  będą opowiadać wiele, ale nie wystarczająco. Ponieważ wprawdzie obyło się bez przemocy, wciągania śniegu ze stołu, pokazywania siusiaków, gołych klatek, wyjazdów do Rygi, leżenia pod stołem, ale to, co najciekawsze, odbywało się w kuluarach. Napięcia - przepięcia towarzyskie, smuty związkowe, rozmowy przy buchaniu i podszeptywania na podłodze w kuchni z butelką różowego martini zakupionego przez April w ramach rytualnego rozpierdalania pieniędzy na godzinę przed Nowym Rokiem. Było pyszne. To martini. Ten wermut.

Spokój, choć akcyza idzie w górę. Fioletowo - szare ściany to gwarancja dobrego nastroju.