entropia

Pojechałam na drugi koniec miasta odwiedzić Lizę. Liza ma piękny kolor ścian. Nigdy nikomu nie zazdrościłam farby na murze. Pierwszy raz poczułam, że czegoś mi w życiu brakuje. Wałek do malowania czeka już na mnie w pawlaczu. Farba czeka w castoramie. Ich to nazwy to intuicja i optymizm. Miesiąc oglądania kablówki z dostawą trufli dla tego, który za tą liryką remontową widzi konkretne barwy.

Od Lizy wyszłam z butelka wina w trzewiach, co nie przeszkodziło mi pójść na siłownię i pocić się na bieżni. Alkohol znieczulił ból stawów. Bieganie mnie wskrzesiło. Gdybym miała wywiad w Twoim Stylu, to na okładce pod moim zdjęciem widniałby złotomyślny nagłówek: granice są tylko w nas. Miliony kobiet by mi uwierzyło i próbowałoby to jakoś zaadaptować do swojej rzeczywistości. Telefon milczy, więc kobietom żyje się wciąż stabilnie.

Oglądałam z Blakiem Zagadki wszechświata z Morganem Freemanem, polecane przez April. Zagięła mi się czasoprzestrzeń i z zachwytu zaczęłam czytać książkę o fotonach, syntezach jądrowych i żółwiach, które wciąż podtrzymują naszą płaską krainę. Uciech przyrodniczego ignoranta, jak arystokrata z czasów Ludwika Słońce, który wchodzi do kurnej chaty i okazuje się, że chłopka mniej śmierdzi niż jego żona i jej koleżanki, a dzieci nawet pachną. Wraca do swojego pałacu, ale ta konstatacja osadza się głęboko.

Asiok zabrał mnie na wycieczkę po mieście, nocą jest piękne, tu nigdy nie powinno wschodzić słońce. Trzeba rozpisać referendum w tej sprawie.