bon jovi

Nocna wizyta z Asiokiem w tesco była rehabilitacją naszej relacji, wspólne lawirowanie między kremami przeciwzmarszczkowymi cementuje.

Po zakupach postanowiliśmy spędzić godzinkę na mieście, wszystkie łajby okazywały się zbyt smętne jak na nasz debilnowesołyzakupoholikowy nastrój.
 
Tylko jedna, której nazwa oscyluje wokół drewna miło nas ugościła. Przypomniało mi się, że siedzą tam na pewno Helen i Fryderyk, stali rezydenci. Okazało się, że jest także dawno przeze mnie niewidziany Kafka. Obecnie szuka pracy, wcześniej dorabiał jako asystent brokera rynku nieruchomości. Zarabiał tak dużo, że -jak to stwierdził Fryderyk- że z ważnego biletu na koncert Eltona Johna zrobił blanta, a mógł wylądować nawet na backstage'u. Właściwie zarabiał tak mało, że bardziej opłacało mu się robić nic i przeglądać gazety z ogłoszeniami. Jest anglistą. Mierzi go uczynienie kogokolwiek. Kafka dość szybko zaznaczył, że stawia mi wódkę, tylko i wyłącznie po to, żeby mógł się tu znaleźć, żebym mogła go opisać. W tym momencie czwarta ściana runęła. Ja coś piszę, ktoś to czyta. Odpowiedziałam mu z uśmiechem, że nie sądziłam, że jestem taka łatwa, taka sprzedajna.
Zwierzyłam się Kafce, że lepiąc z mamą pierogi i uszka, powiedziałam: Mamo, nie wiem, co ze sobą zrobić; mama: Rozumiem. Kafka podsumował to w dość bestialski sposób: Jeśli mama cię rozumie, to musi już być z tobą bardzo źle.