łajka

Byłam z Kiką, Murrayem i Margaret, czyli z ekipą ze starej łajby, w muzeum. W czwartki za darmo.

Gdyby nie białe kartki obok, niewiele byśmy zrozumieli. Bycie na bieżąco ze światem nie wystarczy. Trzeba odszukać konteksty, o których dowiedzieliśmy się od sympatycznej pani kuratorki oprowadzającej japiszonów po wystawie. Szybko jednak okazało się, że ich przyzwyczajenia z pracy przeniosły sie na grunt niemalże publiczny.

Stoimy przy konstrukcji, którą prawdopodobnie ŁAJKA przemierzała przestrzeń kosmiczną. Stanęliśmy, żeby posłuchać kogoś mądrzejszego od nas. Reakcja korporacjonisty była natychmiastowa. Delikatnie przypomniał mi kto płaci za ten głos. Spojrzałam mu w oczy i już mówiłam:  Ty, pierdolony korporacyjny knurze, żeby ci piłeczka trafiła prosto między oczy, jak następnym razem będziesz spocony grał w squasha, gdy zamiast tego odpowiedziałam: Ma pan chyba kwaśny oddech. Nie wiem, ale nagle jego problemy gastryczne przeważyły nad chujowatością jego bytu.

Murray pragnął zrozumieć, dlaczego nazywam artystką kobietę, która masturbuje się na balkonie.
Murray molestował panie pilnujące i był szczęśliwy, kiedy okazywało się, że one też nie wiedzą, jakie treści niesie dany obiekt. Murray psioczy na muzea sztuki nowoczesnej, bo jest prawicowcem. Myślałam, że związek przyczynowo - skutkowy nie istnieje.
Bardzo lubię dekonstrukcję ciała, zwłaszcza kobiecego w przestrzeni muzealnej. Cycki nabierają czasem rewolucyjnego charakteru, a skóra się uplastycznia.

Przyszliśmy do starej łajby. Byłam podpita po jednym piwie. Moje ciało "wytwarza" pijaństwo urojone, żebym nie piła więcej. Sama bym tego lepiej nie wymyśliła.

Margaret znikła. Kika opowiada mi o potencjalnych mężczyznach. Murray śmiał się z dziewczyn, które liczą na miłość, kiedy pójdą z nim do łózka po pierwszym spotkaniu. Tak, są głupie, może nawet część z nich czeka od roku na terapię, ale każdy się przelicza, Murray także.