mistrzostwa

Spóźniłam się do pracy, bo zaczęłam oglądać Życie jest piękne i nie mogłam uwierzyć, że wybieram pieniądze zamiast siedzieć przed telewizorem. Nastroju à la Roberto Benigni wystarczyło mi na cztery godziny. Standardowy wieczór weekendowy na łajbie. I nagle zjawia się on - wąsaty komik rodem z Kentucky. Prosi o 40 ml Jim Beama.
Dobra whisky - mówi, ja na to nie do końca serio - nie bluźnij, to nie jest zwyczajna whisky- to burbon! Uklęknął i rzekł - Panie, musiałem przebyć tysiące kilometrów, żeby spotkać ją - jasność mego umysłu.Panie, myliłem się, szedłem drogą rozpaczy.
Wybucham takim śmiechem, że chyba cieknie mi mocz po nogach. Na szczęście to piwo, które skapuje z blatu. Wypija z kolegą porcję w mgnieniu oka. Przychodzi czas rozliczeń. Wręcz mi 10 zł napiwku, zrobiłam minę, jakbym ten banknot widziała tylko w reklamach Skoku Stefczyka.
Zaczyna mnie parodiować: Oh my goodness, 10 zloty, i am the king of the world, thank you God! 
Pewnie na co dzień jest smutnym pracownikiem amerykańskiej poczty. Sram na to. Jest bohaterem w moim poczuciu humoru.


Simon, którego nie wiedziałam dwa tygodnie, co w perspektywie życia barowego stanowi przepaść, opowiada mi o tym, jak zwierzał mu się ze smutów pijany Borys w klubie studenckim. Na szczęście Borys odnalazł swoje szczęście w Bieszczadach. Bardzo mu zazdroszczę tej podróży.
Borys jeszcze nie wie, że uciekła mi jedna myszka. Nad ranem jeszcze wiły się dwie. Aż się przestraszyłam, że wciągnęłam jedną odkurzaczem, ale to chyba już myśli paranoiczne.

Chłopak Maleny przez cały wieczór grał w rzutki, żeby zabić myślenie o utracie pracy w przybytku kultury. Malena dzwoni i się wypytuje, czy dużo wczoraj wypił. Czy szczera odpowiedź byłaby etyczna?