klub tęcza

Nigdy nie sądziłam, że podejmuję dobre decyzje. Margaret zmieniła mój punkt widzenia.

Opowiada mi, co się dzieje wieczorami w mojej dawnej łajbie, której nazwy głośno się nie wypowiada.

Przychodzi kolega Clarka i pyta się Margaret, czy chce zobaczyć krew. Nim zdążyła odpowiedzieć, zdjął czapkę i zaczął walić głową o ścianę. Przestał po chwili, ale zaznaczył, że może to powtórzyć na jej życzenie.

Margaret przywołuje kolejną sytuację, która z kolei przypomina mi o tym, co robi niekiedy z człowiekiem abstynencja seksualna połączona z alkoholem i brakiem prawdziwych przyjaciół.
Wchodzi mężczyzna, po którym najprawdopodobniej nie można spodziewać się niczego, co określilibyśmy mianem: daleko od obciachu, daleko od degeneracji. Cytowanie go sprawia, że moja twarz przybiera gębę pensjonarki całej w pąsach, ale przecież to nie jest tęczowy musicbox.
- Są tu jakieś cipeczki, bo chętnie bym poruchał?
- Tak, bramę dalej. - odpowiedział poważnie i trzeźwo Murray.

Imbecyl poszedł sobie

- Z takim nigdy nie wiadomo- podkreślił Murray.

Wiadomo, że podjęłam dobrą decyzję.