kraina wiecznej chwały

Lecę do łajby prosto ze spektaklu, robimy teatr żenujący, choć podobający się.

Dopada mnie głód. Przez osiem godzin pracy praktycznie nic nie jestem w stanie przełknąć. Pije mleko, ale staje mi w gardle. Wyjadam czerwone pesto z lodówki. Nie wchodzi. A w głowie mam wizję pożerania konia z kopytami.

Palę z Henrym Lucky Strike'a. Szkoda, że już tu nie pracuje, nie mam z kim marzyć o nowym wspaniałym świecie. Sobie gaworzymy tak. Henry może być uważany za hipstera. Reprezentuje jednak normalność, którą bardzo lubię i która jest dana nielicznym.

Wpada Blake. Beznadziejny jak zawsze. Na szczęście o tym wie. Na szczęście mogę to powiedzieć z uśmiechem na ustach.

Asiok mnie gani za wtrącanie się w jego sprawy. Słusznie albo nie.

Wpadam w dziurę czasową. Szklanki. Chód. Chłód. Plotki. Zmęczenie. Nic nie pamiętam.

Jest czwarta nad ranem. Wychodzę. Zimno już jest.
Przed łajbą zatrzymuje się auto, chłopcy są bardzo konkretni w
oczekiwaniach, a ja bardzo konkretna w odmowach. Mimo wszystko przeszedł mnie dreszcz. Gdy odchodziłam, roiłam sobie w głowie scenariusze, które trochę zachwiałyby szczęściem w moim życiu, gdyby doszło do ich realizacji.
Nic to.