klan

Nim pójdę do pracy, obejrzę "Klan" u rodziców. To pożyteczny odpoczynek dla umysłu.

Nic nie jest w stanie zepsuć mi dobrego nastroju. Nikt również. Spokój przegryzany bułką z pastą jajeczną jedzoną na stojąco.

Informatyk chce się ze mną umówić, pierwszy raz kłamię, że mam wyłączony telefon. Podaje maila, może nie napisze. Oj, przestań pierdolić. Przecież jest w porządku i tak wyjeżdża niedługo do pracy, więc skończy się na śledziku. I po krzyku. Przemówiło moje alter ego.

Gram w trambambulę na oczach mężczyzn z dalekich, bardziej patriarchalnych krajów. W ciągu kilku minut rozkładam na łopatki drużynę osiłków. Czuję wiatr we włosach. Ich bezsilność mnie uskrzydla. Wracam do pracy. Czuję niepokojącą lekkość. Na pewno o czymś zapomniałam, na pewno zadzwoni do mnie o siódmej rano Trojan i zatruje głowę pretensjami.

Clark do znudzenia puszcza Genesis. Clark jest znowu pijany jak szpadel. Szczycił się dwie godziny temu, że potrafi skończyć wieczór nie będąc trupem, tylko zaledwie zawianym. Tak. Słyszę to często. Uśmiecham się albo mówię, żeby poszedł się udławić.

Sprzątam.
Wychodzę.

Idę z Borysem na pasztet. O 3 nad ranem smakuje fantastycznie. Zwłaszcza, że dodają do porcji konfiturę z czerwonej cebuli. Dlaczego przez ostatnie lata żywiłam się produktami z Żabki?

Chłopakowi siedzącemu naprzeciwko nie podoba się, że biała kobieta rozmawia z naszym czarnym znajomym. A mnie się nie podobają takie zawszone rasistowskie mordy.

Borys jest typem anarchisty. Mówi, że mnie zabije, jak stanę się bogata. Dobrze, mam nadzieję, że doczekam się zamachu.