Sympatycznie

Weszłam za bar, patrzę na salę, wszyscy tak dobrze się bawią na naszej łajbie.

Asiok przyszedł wcześniej, bo już nie mógł grac kolejną godzinę w cywilizację. Pił czarną kawę, zagadywał i rzucał całkiem zabawne żarty. Kiedy przyszli w końcu Wawrzyniec i Lena, a nie długo potem Blake, stworzyło się coś na kształt Klubu Młodego Technika. Chłopcy wpadli w wir rozmów o nowych technologiach, soczewkach i lotach kosmicznych. Wychodziłyśmy z Leną wciąż na papierosa, zastanawiałyśmy się, czy jeśli ten układ przetrwa 10 lat (!), to mężczyźni naszego życia będą mieli już wąsy i drugi podbródek i czy będą łoić wódkę na imprezach rodzinnych. Blake, jak to on, wyszedł wcześnie. Pocałowałam go we włosy na pożegnanie. Niedługo potem zniknęła reszta.
Mogłam wrócić do pracy. To znaczy tak przypuszczałam. Mimo ruchu nie odczuwałam zmęczenia.
Za bar wszedł Collins, który znowu zaczął kluczyć, gdy poruszyłam temat premii.

Rzucał w przeciwieństwie do Asioka, żenujące żarty i nie omieszkałam go o tym poinformować.
Margaret krążyła to tu, to tam. Jej przyjaciółka, Becky od 3 godzin liczyła na to, że wyjdzie wcześniej.  Nie doczekała się. Simon zaciera ręce i mówi cicho, że pewnie dziś sporo napiszę, materiału będzie co nie miara.

Byłam już coraz bardziej senna, gdy pojawił się on. Samuel. Bawił się mną kiedyś strasznie, zawsze gdy się widzimy wyznaje mi swoje szczere uczucia. Zawsze jest najebany. Na szczęście jestem mądrzejsza. Dostrzegam u niego dziurę w zębie i to w jedynce.

Podrywa mnie jego kumpel, Miłosz jest całkiem sympatyczny, tylko jego nagłe ataki spazmatycznego śmiechu o 3 nad ranem były dla mnie trudnym wyzwaniem percepcyjnym.
Łazi za mną. Przestaje być wyrozumiała. Wyłazi ze mnie swołocz i wredota. Warczę, żeby poszli, żeby dali spokój. Oni coraz bardziej zachwyceni to żółcią moją co z ust się leje.

Samuel i Miłosz dzielnie siedzą przy barze. Nagle okazuje się, że zostali tylko oni i Melchior, były kochanek Margaret całujący się z jakąś mroczną nastolatką,

Senność coraz bardziej mnie atakuje. Nie wiadomo skąd do lokalu wpada dwóch gości, którzy chyba skończyli psychologię zaocznie w Ozorkowie, bo są przekonani, że mówiąc do mnie: Hej, ślicznotko! Zdołają mnie zabrać ze sobą. Patrzę na te twarze, Jest czwarta nad ranem. Czuję, że będą mi się śnić te pijackie mordy przez resztę tygodnia. Na dokładkę wpada mężczyzna, który wyglądał jakby właśnie wrócił z Bułgarii. Biała koszula. Lolo. Wymuskany typ, choć podstarzały.
Budzi moją grozę, bo ciągle gdzieś dzwoni i mówi, że zaraz tu przyjadą ludzie z ABW-u. Prosi, żebyśmy mu puścili Kaja Googoo, on się rozbierze, bo wtedy nie kontroluje swoich odruchów warunkowych.

 - To, że nie zamknęłyśmy wcześniej drzwi zaczynam rozpatrywać w kategoriach życiowego błędu.-mówię głośno do Margaret.
- To dobrze, zmusiłem was do myślenia.- Miłosz kontruje.

Panowie w śmiech. Ale to nie będzie najzabawniejsza riposta tego wieczoru. 
 
-W która stronę jedziesz?-pyta sympatycznie Miłosz
-W przeciwną- odpowiadam wypróbowanym tekstem.


Idziemy główną ulicą miasta. Gratulujemy sobie z Margaret udanego wieczoru. Tramwaje podjeżdżają.