Strach

Fajnie jest nalewać piwo do godziny 23, potem już amba i Chrystus płonący na krzyżu.

Przychodzi Collins, znów to samo. Zostawiamy burdel, nie można niczego znaleźć, do diabła z nami.
Bla, bla, gadanie Belzebuba. Może miałabym do niego więcej szacunku, gdyby co poniedziałek nie musiałabym się prosić o wypłatę, Może bardziej brałabym do serca jego słowa, gdyby nie upijałby się co piątek, co sobotę i nie pozwalał, żeby lokal zamieniał się w mordownię. Wtedy pytanie we mnie się rodzi, dlaczego wolę pracować tutaj niż w odzieżowym?

Jak ci się nie podoba, to wypierdalaj!- rzekłby ktoś bezstronny.

Miałby rację tylko w połowie, bo pomimo chronicznej złości na warunki, lubię, gdy nie ma w pobliżu Collinsa, niezobowiązujący charakter tej pracy. Niemniej szukam nowej. Ot, takie sprzeczności.

Zaczynam o 20. Dwie godziny później zacznie się koncert jakiejś grupy pop-rockowej. Będą tłumy spragnione piwa. Będzie ze mną Margaret. Ona też się w końcu upije i odpłynie 200 mil ode mnie.
Muszę mieć się na baczności - zaczynam robić z siebie ofiarę. Co sprytniejsi, mogą podejrzewać mnie o największy alkoholizm z pracowników tejże łajby. Tania psychologia.

Chciałabym, żeby przychodzili się do mnie na wódkę tacy panowie jak Władysław Pasikowski czy Andrzej Poniedzielski. To byłoby wręcz czystą przyjemnością sprzątać po nich wymiociny, tuż po odbyciu błyskotliwej rozmowy. Co za naiwność z mojej strony. Moja persona narrativa mówi mi: "Idź rozwozić mleko rankiem. Tam nie będziesz z nikim rozmawiać, nie będziesz się przeto frustrować".

Przychodzi Jersey, gaworzymy, wyjeżdża daleko. Skarży się, że za chwilę wpadnie w totalny ciąg palenia trawki. Po czym kulturalnie proponuje mi skręta. Chwila zastanowienia, przecież zawsze jest tak samo - kilka buchów i pojawia się strach, że ten rodzaj odrętwienia nigdy się nie skończy.

Zaciągam się raz, dwa, trzy. Wystarczy.

Wsiadam do autobusu do domu wracać.

Siedząc na łóżku o siódmej nad ranem, biorę wdech-wydech. Otwieram oczy, które nie wiem, kiedy się zamknęły i podnoszę na siebie rękę, żeby ocucić się przed kolejnym wyjściem z domu.