Sprzedaż

Przychodzę do pracy z rozmytym lekko makijażem.

Chyba mam problemy z błędnikiem. Zaraz upadnę. Zaraz, przecież ja się nie wyspałam. Jestem spokojniejsza, jak sobie to uświadomiłam..

Wspominamy z Margaret wczorajszy wieczór, jeszcze raz przebijamy piątkę za wytrwałość.
Idę do sklepu, bo Collins zapomniał o kupieniu wódki. No tak, rzadko się ją pije w barze. Mógł to przeoczyć.
Po drodze spotykam Simona w budce kebabowej. Raczej nie wpadnie, ma gdzie indziej obowiązki towarzyskie.

Pochylam się nad zlewem, myje kolejną szklankę.
-Na lewo!- smętnym głosem mówi do mnie Margaret.

Skręcam głowę i momentalnie chowam ją pod kranem. To Samuel. Przeprasza za wczorajszy wieczór i pieprzy coś o zazdrości i gwałcie. Jestem tak zmęczona, że nie mam siły na przepychanki słowne. Potem spotykam Miłosza, też przeprasza. Zależy im na pijarze albo na moim dobrym samopoczuciu. Co za głupia alternatywa.

Jest duża rezerwacja. Dostaje zamówienie na 30 kamikadze.
- Ja pierdolę-zasmuciłam się w środku.
Podstawą kamikadze jest ściema. Minimalna ilość alkoholu, sok z cytryny, syrop i dużo lodu. Przecież nie poczujecie różnicy, drodzy klienci. Powtarzam czynność trzy razy. Koniec. Nic gorszego się dziś już nie zdarzy.

Blake wraca z miasta. Dobry Blake pomaga mi sprzątać. Los go za to wynagrodzi. Znajduje 80zł pod stołem. Zamigotały nam gwiazdy. Mamy iść do kina. A może wydamy na papierosy.

Lokal opustoszał. Blake bawi się wentylatorem. Stoją mu włosy na wietrze. Ładnie.

Wychodzimy. Zostawiamy Margaret razem z Melchiorem, Andym i Klemensem.

Rano dostaje wiadomość od Margaret. Były różne uniesienia.